***Francesca*** urocza świneczka / wstrzymana
Moderator: silje
- zwierzur
- Posty: 3939
- Rejestracja: 24 sie 2016, 21:59
- Miejscowość: Warszawa
- Kontakt:
Re: ***Francesca*** urocza świneczka / wstrzymana
Wyniki nerkowe Franci bardzo się pogorszyły. Dostała steryd, na próbę - jeśli będzie poprawa, włączymy go na stałe do baterii leków. Dziewuszka nie wykazuje żadnych oznak złego samopoczucia. Jest żwawa, żarłoczna, towarzyska i pyskata. Twardo walczy o swoje. Wcina z apetytem wszystko. Pierwsza woła o spyżę. Martwię się...
Dobre chwile są jak wisienki na torcie...
- zwierzur
- Posty: 3939
- Rejestracja: 24 sie 2016, 21:59
- Miejscowość: Warszawa
- Kontakt:
Re: ***Francesca*** urocza świneczka / wstrzymana
Anemia nieco odpuściła, ale wyniki nerkowe jeszcze gorsze, niż ostatnio...
Po dziewuszce nie widać nic, ale prognozy nie są najlepsze... 
Dobre chwile są jak wisienki na torcie...
- jolka
- Wiceprezes ds. adopcyjnych
- Posty: 7993
- Rejestracja: 27 sie 2014, 20:57
- Miejscowość: Warszawa
- Lokalizacja: Warszawa-Mokotów
- Kontakt:
Re: ***Francesca*** urocza świneczka / wstrzymana
co u dziewczynki? jak daje radę?
Chantal Jaśminka TM /16.11.2014
Kafelek TM 04.06.2018-
Zuzia TM 21.06.2018
Myszka TM 26.12.2018
Grusia TM 15.11.2019
Patryczek TM-21.12.2020
Olala TM-2.04.2021
Agatka TM-8.07.2021
Blusia TM-6.08.2021
Kafelek TM 04.06.2018-
Zuzia TM 21.06.2018
Myszka TM 26.12.2018
Grusia TM 15.11.2019
Patryczek TM-21.12.2020
Olala TM-2.04.2021
Agatka TM-8.07.2021
Blusia TM-6.08.2021
- zwierzur
- Posty: 3939
- Rejestracja: 24 sie 2016, 21:59
- Miejscowość: Warszawa
- Kontakt:
Re: ***Francesca*** urocza świneczka / wstrzymana
Twarda babeczka. Nie poddaje się. Apetyt jest. Energia jest. Chęć życia jest. Przed nami kolejna kontrola.
Dobre chwile są jak wisienki na torcie...
- zwierzur
- Posty: 3939
- Rejestracja: 24 sie 2016, 21:59
- Miejscowość: Warszawa
- Kontakt:
Re: ***Francesca*** urocza świneczka / wstrzymana
"WCZORAJ NAPISAŁAM/EM MAILA W SPRAWIE ADOPCJI, ALE NIKT MI NIE ODPISAŁ..."
Dlaczego tak bywa? Ano, dlatego...:
Czwartkowy wieczór, zbliża się północ. Tonę w pracy zawodowej do wykonania "na już". Potrzebny okazuje się zszywacz z szuflady w świńskim salonie. Włażę po ciemku, bo Sierściuchy już śpią, trasę mam obcykaną, bo to wszak nie pierwszy raz czegoś nie wzięłam. Cicho przekładam giczoł nad furteczką. Dostrzegam biały kształt na środku i nauczona doświadczeniem, wyrzucam przed się scenicznym szeptem: "Mnisiu, to ja, nie panikuj..." Jasna furka z rumorem straszliwym znika pod szafką z klatkami, omal nie dostaję zawału, choć przecież tego właśnie się spodziewałam. Zapada cisza, pcham się desperacko dalej. Słyszę jak Quella pogryza domek. Zbyniu tłucze poidłem, obudzona hałasem Toto turkocze pod mostkiem. Przez sen furczy Piniata, nad nią rozbrzmiewa pohukiwanie Licziego, obok sapie Lemon i jego oskrzela. Kolejny dźwięk sprawia, że zapalam światło. Któreś prosię wyraźnie świszcze, sprawdzam kolejno wszystkie klatki. Franka! Mości się jakoś dziwnie. Wokół wszczyna się ruch, bo nikt już nie śpi - jupiter zrobił swoje. Wywlekam futro - cisza. Obmacuję i coś mi się nie podoba, ale nie mam do czego się przyczepić, Franczeska wraca na kwadrat. Zaczyna się mościć i zupełnie przestaje mi się podobać. Gaszę światło, wracam do roboty. Wstaję zaraz, bo przecież nie wzięłam tego, po co polazłam do świń. Zapalam światło, bo i tak nie śpią jeszcze po nocnej pobudce. Rzut oka na Frankę - leży, ale dziwnie. Żołądek mi się zaciska, zęby też. Lecę do kompa, piszę żebraczy mail z prośbą o wizytę pilną dla świni, która dziwnie leży. Błagam o kontakt SMS-em, bo rano do pracy, gdzie dojścia do internetu nie mam. Lecznica czynna od 8.00, przed 7.00 muszę wyjść z domu, żeby zdążyć do pracy. Jest prawie 4.00, za pół godziny zadzwoni budzik - trzeba podać leki, nakarmić, siebie ogarnąć. "Na już" zostaje na stole, zrobione nawet nie w połowie. O 10.00 SMS-a brak, dzwonię, żeby usłyszeć, że nie zapisują mailowo. Mówię, że wiem, ale sytuacja wyjątkowa... Na dziś nie ma wolnego terminu... Pcham się więc na pierwszy wolny kolejnego dnia. Podczas wizyty okazuje się, że spowolniona perystaltyka/zapalenie jelit, fatalne wyniki nerkowe i ten oddech..., nie taki! USG możliwe dopiero w poniedziałek. Dobra, proszę o rozszerzone - oprócz jamy brzusznej, klatka piersiowa. Dziś: je lepiej, marnie bobczy, dokarmiają. Ma bezobjawowe zapalenie płuc. Dostaje kroplówki, steryd, zaliczyła inkubator i tlen. Nadal siedzi w szpitalu. Czekam na telefon wieczorem...
Dlaczego tak bywa? Ano, dlatego...:
Czwartkowy wieczór, zbliża się północ. Tonę w pracy zawodowej do wykonania "na już". Potrzebny okazuje się zszywacz z szuflady w świńskim salonie. Włażę po ciemku, bo Sierściuchy już śpią, trasę mam obcykaną, bo to wszak nie pierwszy raz czegoś nie wzięłam. Cicho przekładam giczoł nad furteczką. Dostrzegam biały kształt na środku i nauczona doświadczeniem, wyrzucam przed się scenicznym szeptem: "Mnisiu, to ja, nie panikuj..." Jasna furka z rumorem straszliwym znika pod szafką z klatkami, omal nie dostaję zawału, choć przecież tego właśnie się spodziewałam. Zapada cisza, pcham się desperacko dalej. Słyszę jak Quella pogryza domek. Zbyniu tłucze poidłem, obudzona hałasem Toto turkocze pod mostkiem. Przez sen furczy Piniata, nad nią rozbrzmiewa pohukiwanie Licziego, obok sapie Lemon i jego oskrzela. Kolejny dźwięk sprawia, że zapalam światło. Któreś prosię wyraźnie świszcze, sprawdzam kolejno wszystkie klatki. Franka! Mości się jakoś dziwnie. Wokół wszczyna się ruch, bo nikt już nie śpi - jupiter zrobił swoje. Wywlekam futro - cisza. Obmacuję i coś mi się nie podoba, ale nie mam do czego się przyczepić, Franczeska wraca na kwadrat. Zaczyna się mościć i zupełnie przestaje mi się podobać. Gaszę światło, wracam do roboty. Wstaję zaraz, bo przecież nie wzięłam tego, po co polazłam do świń. Zapalam światło, bo i tak nie śpią jeszcze po nocnej pobudce. Rzut oka na Frankę - leży, ale dziwnie. Żołądek mi się zaciska, zęby też. Lecę do kompa, piszę żebraczy mail z prośbą o wizytę pilną dla świni, która dziwnie leży. Błagam o kontakt SMS-em, bo rano do pracy, gdzie dojścia do internetu nie mam. Lecznica czynna od 8.00, przed 7.00 muszę wyjść z domu, żeby zdążyć do pracy. Jest prawie 4.00, za pół godziny zadzwoni budzik - trzeba podać leki, nakarmić, siebie ogarnąć. "Na już" zostaje na stole, zrobione nawet nie w połowie. O 10.00 SMS-a brak, dzwonię, żeby usłyszeć, że nie zapisują mailowo. Mówię, że wiem, ale sytuacja wyjątkowa... Na dziś nie ma wolnego terminu... Pcham się więc na pierwszy wolny kolejnego dnia. Podczas wizyty okazuje się, że spowolniona perystaltyka/zapalenie jelit, fatalne wyniki nerkowe i ten oddech..., nie taki! USG możliwe dopiero w poniedziałek. Dobra, proszę o rozszerzone - oprócz jamy brzusznej, klatka piersiowa. Dziś: je lepiej, marnie bobczy, dokarmiają. Ma bezobjawowe zapalenie płuc. Dostaje kroplówki, steryd, zaliczyła inkubator i tlen. Nadal siedzi w szpitalu. Czekam na telefon wieczorem...
Dobre chwile są jak wisienki na torcie...