Wczoraj rano pożegnaliśmy Diegunia... Od kilku dni zmagaliśmy się z obrzękami pochodzenia sercowego. W nocy Diego czuł się jeszcze nieźle, rano bardzo pogorszył się oddechowo. O własnych siłach dodreptał do tranporterka i odszedł na moich rękach w trakcie podróży do Pani Doktor... Był już stauszkiem, około siedmioletnim, przeszedł w swoim życiu bardzo wiele ale nigdy nie pokazał że jest mu źle. To był ten typ świnki która będąc jedną łapką po drugiej stronie nadal była wesoła i radosna. Diego był bardzo "moją" świnką, moim oczkiem w głowie... wiedział to bo zaczekał do rana aby się ze mną pożegnać... Myślę że miał dobre i długie życie ale to nie pomaga. Potwornie za nim tęsnię...
Zdjęcie zrobione w dniu w którym przywieźliśmy go do domu. Tego dnia nie mogłam zasnąć tak bardzo chciałam spędzać z nim cały mój czas.
Od samego poczatku uwielbiał się do mnie przytulać.
Najbardziej szkoda mi teraz Bruna. Chłopcy spędzili razem prawie 3 lata, Bruno wychował się przy Diegu, od sierpnia mieszkali wszyscy razem ale widzę że z Peperem nie ma takiej relacji. Nie wiem co robić...