Po ponad czterech latach wracam ze smutnymi wieściami. Dziś mijają dwa miesiące jak nie ma już ze mną Radlera. Dopiero teraz dałam radę zebrać się aby przeglądnąć zdjęcia i wrzucić post.
Radler odszedł po zaledwie 6 dniach od zdiagnozowania chłoniaka. Jeszcze miesiąc wcześniej miał robione wszystkie badania kontrolne łącznie z krwią, tydzień wcześniej również byliśmy na wizycie. Pierwszym objawem był przyśpieszony oddech, później we krwi leukocyty wystrzelone w kosmos i powiększone węzły chłonne. Przez tydzień codzienne wizyty, wprowadzony steryd, lecz na dobrą sprawę nawet nie zdążył zadziałać.Byłam podczas przygotowania leków, nagle Radler zerwał się mimo, że większość czasu odpoczywał, zrobił kółko po klatce zaglądając do swojej ulubionej norki i Redsa, jakby chciał się pożegnać, wzięłam go na kolana i nie zdążyłam już podać leków..
Bardzo brakuje go tutaj, jest za cicho. Radler musiał gadać za dwóch. Domagał się głośno papryki, gdy tylko ktoś kroił i jakimś cudem ją wyczuwał z drugiego końca mieszkania przez zamknięte drzwi, robił koncerty na poidle i potrafił w weekend o 5 przypominać się gdy skończyła się karma. Był bardzo charakterną świnką, wszczynał alarm, gdy Reds przeszedł zbyt blisko. Ale był też kochaną kudłatą kulką. Panowie nigdy się zbytnio nie przytulali ale zawsze było widać przywiązanie, szczególnie w ostatnich dniach gdy Reds nie opuszczał go na krok.

Reds został sam, jednak w badaniach kontrolnych wyszły podwyższone leukocyty.. Na szczęście po czasie spadły do górnej granicy normy i tam się utrzymują i nie ma innych objawów chłoniaka.
Dodatkowo z racji tego, że panowie pochodzili z pseudohodowli w Koninie zrobiłam mu badanie w kierunku EC aby je wykluczyć.
Jednak los jest przewrotny i okazało się, że Reds jest bezobjawowym nosicielem...
Poza tym przyjmuje leki na zmiany zwyrodnieniowe w kręgosłupie ale trzyma się bardzo dobrze jednak widać, że brakuje mu kumpla.
Mam nadzieję, że jego wiek pozwoli mu jeszcze znaleźć kolegę bo niestety (i na szczęście) zbyt często się tacy nie pojawiają.