Dawno nas tu nie było, i nie dziwota.
To nie będzie wesoły wpis.
W maju, kiedy martuś zadała to pytanie, była jeszcze absolutna sielanka, poza tym, że ja dopiero próbowałam chodzić bez kuli, więc nie było jak zawozić Szyszki na rehab, ale radziła sobie świetnie.
Potem sielanka się skończyła,
1 czerwca bardzo gwałtownie pogorszył się stan naszej suki, Łaty, przynajmniej trzynastoletniej Paluszanki. Po 6 tygodniach zmagań, 14 lipca, musieliśmy podjąć najtrudniejszą z decyzji i nie mamy już psa.

Doświadczenie jest potwornie traumatycznie.
W związku ze zmianami sytuacji życiowej, Puchate Siły w składzie ściśle świńskim udały się pierwszy raz w dziejach na letnie mieszkanie w Starachowicach pociągiem. Mimo oberwania chmury wycelowanego w województwo świętokrzyskie dokładnie w chwili, gdy nasz pociąg wjeżdżał na stację, udało się dotrzeć do Starszych Dużych bez szwanku. Musiałam co prawda wyciągnąć z walizki sukienkę i okręcić nią transporter i walczyłam z pragnieniem zdjęcia butów, ale się udało. Powrót był już zupełnie komfortowy. Potem Puchaci stacjonowali u Ronek, gdzie Tormund oczywiście zawojował całą rodzinę. Inaczej być nie mogło. W międzyczasie ekipa przeszła rutynowy przegląd gwarancyjny i wyszło, że są zdrowi, Torumundowi brak zęba w niczym nie przeszkadzał, nery dawały radę, cysty Szyszki były nadal małe i do obserwacji.
Sytuacja się unormowała i dało się wyżyć, zwłaszcza w obliczu niezmiennej, choć często dość śmierdzącej puchatości Puchatych. W końcu się nawet zrobiło lubo chłodno.
Nastał czwartek, 15 pażdziernika 2026. Rano wydało mi się trochę zaskakujące, choć miłe, że Szyszka dała mi się pogłaskać w klatce i nie spylała w podskokach. Na wszelki wypadek zastosowałam próbę cykoriową, która przebiegła pomyślnie, całe towarzystwo żarło entuzjastycznie. W dodatku Burakura zeznała, że widziała wcześniej, że Szyszka sobie normalnie po klatce chodziła. W ciągu dnia, mało byłam w domu, ale jak zaglądałam do nich, wszystko było normalnie. Przed samą 21 sprzątałam im i znowu Szyszka jakoś wolniej się przemieściła i nie zaczęła jeść cykorii, ale ona tak czasem robiła, że udawała, że nie je, jak patrzyłam. Musiałam wyjść, na 21 miałam zaplanowaną ważną rozmowę, potem ktoś zadzwonił. Już było dobrze koło 21, Burakura poszła się myć, mąż zajrzał do świń i przyszedł zaniepokojony, że Szyszka siedzi w norce głową naprzód, wystają tylko tylne nogi. Poszliśmy tam, faktycznie, nogi wystają, Mundek sobie żeruje, w sumie dziwnie się ułożyła, ale może śpi? Na wszelki wypadek przygotowałam espumisan, może ja brzuch boli, przeżarła się, czy co? Sięgam po nią, a ona nie żyje. Jest jeszcze zupełnie ciepła, ale niestety nie ma wątpliwości, że już po wszystkim. Próbowaliśmy ją jakoś reanimować, ale już nie było co. Koniec. Siedzieliśmy z nią długo tuląc tą ogromną, cudowną, puchatą bułę, której już nigdy więcej nie przytulimy. I tyle.
Tormund spokojnie pasł się dalej, myślał chyba, głupek, żeśmy ją tylko na głaskanie wieczorne zabrali. Podjęliśmy decyzję o pokazaniu mu zwłok. Był to moment rozdzierający, on ją trącał nosem, turkotał, wręcz na nią właził, wołał, biegał zdezorientowany po klatce. Potem, kiedy już ją zabraliśmy, usiadł na jej świętym i nietykalnym miejscu i nie chciał, byśmy go dotykali.
Wczoraj było już trochę lepiej, no ale on nie może być sam.
Więc nie będzie.
W poniedziałek pojedziemy z nim do dr Olgi (nie wiadomo, na co umarła Szyszka), i jeśli wszystko z nim w porządku, łączymy go z Piętką, piękną i młodą wdową po Szeleście.
Życie to czy się dalej.