Jak tak dalej będę czekać aż będę miała czas pościągać zdjęcia z komórki, to miesiące upłyną zanim coś tutaj napiszę
W każdym razie melduję, że stadko weszło w nowy rok komplecie!

A wierzcie mi - to nie było takie oczywiste. Pod koniec września miałam mieć urlop, więc ustawiłam Żwirkowi standardową kontrolo-ewenetualnie-korektę jakieś półtorej tygodnia przed, bo on po tych korektach potrzebował kilku dni na dojście do siebie. Korekta zrobiona, miałam umówiony hotelik, pokupowane bilety, budzę się rano, mam wyjeżdżać i... jak możecie się domyśleć - pogorszyło mu się. Nawet karmy ze spodeczka nie chciał jeść, biedne bobo. Makrodont pod okiem mu narozrabiał. Został usunięty jego wierzchołek (sam ząb jeszcze całkiem nie wyszedł, ale spokojnie, poczekamy) z śródoperacyjnym wysunięciem gałki ocznej i przez kilka dni miał zaszyte powieki. Z tymi powiekami to nawet było do pewnego stopnia wygodne, bo mogłam go spokojnie łapać od tamtej strony, bo nie widział, że pcham się z łapami. Potem się tak bujaliśmy i bujaliśmy, wrócił do samodzielnego jedzenia, przybrał na wadze, zachowanie wróciło do normy, ale ciągle jechał na przeciwbólowym i dlatego wierzchołek od drugiego makrodonta został usunięty. I mogłam odstawić przeciwbólowy. Chociaż ma jakieś luźniejsze boby i się jutro rano z nim przejdę.
W międzyczasie Iskra się rozłożyła, tylko u niej to od razu zauważyłam, że jest spuszona. W końcu 5 lat razem jesteśmy, to widzę jak jest coś nie halo. Też sobie wyhodowała makrodonta - siekacza. Tego to akurat usunięto w całości. I nawet nie miała przetoki. Z wyników też wyszły jakieś problemy z trzustką, parę razy była na szpitaliku na kroplówkach, dzielna dziewczyna zdemolowała wenflona i dostała Gabapentynę na uspokojenia. O Gabie się dowiedziałam dopiero następnego dnia i wtedy zrozumiałam, co ona tak skołowana była na wieczór. Też wrociła do jedzenia i też coś mi teraz podpada - chyba starość nie radość i jelitka nie pracują jak powinny - na razie dostaje węgiel i Petbiom i jest ok. Trochę gramów zgubiła, ale właśnie jej wracają.
Koko w jakimś momencie sobie złamała paluszka w przedniej łapce (tego najbardziej na zewnątrz) i w tej chwili mam jeden paznokieć mniej do skracania. Dzielnie sobie zerwała bandaż dwa razy jak była już po amputacji. Aż w końcu się wkurzyłam i zrobiłam jej bucika na szydełku

Potem skoczyłam do przychodni, dostałam foczkę aprobaty i do końca gojenia się mała popylała w bucikach robionych na wymiar. Tylko ja umierałam ze strachu, bo bałam się, czy za mocno jej nie zaciskam "sznurówki", ale było ok, łapka nie odpadła.
Last but not least, Hejzel. W końcu poszłam z nią na usg serca w tym tygodniu i kontrolne obejrzenie i pobranie krwi. Wetka wymacała coś pod szyją i jak już tam byłyśmy na usg, to też jej sprawdziła tarczycę. Ma guza, będzie usuwanie (ale wyniki tarczycowe póki co w normie).
Więc tak, działo się i mam nadzieję, że aż takich rozrywek nie będę miała chociaż przez kilka miesięcy.
Ach! Iskra dobija do siódmego roku życia!
